Jump to content


Krótka opowieść o Bulrathi


  • Please log in to reply
No replies to this topic

Falathi #1 Posted 27 January 2016 - 12:54 PM

    Lieutenant

  • WG Staff
  • 33
  • Member since:
    05-04-2012

Było bardzo jasno. Fale biły w skalny brzeg, wznosząc potężną zasłonę pyłu wodnego, w którym odbijało się doskonałe, słoneczne popołudnie. Piękne miasto Arctodar było klejnotem ojczystej planety Bulrathi, miejscem gdzie mieściło się starożytne Coliseum i gdzie co roku obchodzono Święto Żniw.

Święto było jedną z najlepszych tradycji Bulrathi. Polegało ono na tym, że zbierano dwudziestu czterech przestępców i kazano im walczyć do śmierci – w zamian za szansę odkupienia.
Milo był całkiem spokojny, nawet wtedy, gdy tłum zaczął się zbierać i krzyczeć w oczekiwaniu. To nie były jego pierwsze Żniwa. Wiedział, że to będzie długi dzień a sprawa wymagała skupienia całej uwagi.  

Milo wyciągnął pad z umieszczonej na piersi kieszeni płaszcza, zapisał numer na ekranie. Przez chwilę podziwiał go, po czym przekazał asystentowi, Timie. Tima popędził z padem, rzucając się w tłum z pochyloną głową i wyciągniętymi ramionami, żeby przeorać się przez stojących. Coliseum, umieszczone na szczycie zapierającego dech w piersiach klifu było oczywiście zatłoczone, ale zdecydowanie nie tak, jak w czasie finałowych potyczek.
Walka poniżej miała się zacząć lada chwila. Święto Żniw, w którym 24 bandytów Bulrathi walczyło na śmierć i życie do ostatniego ocalałego dopiero się zaczęło, więc pozostało jeszcze sporo zawodników. Gdy dwóch wojowników zstąpiło na otwartą arenę, ryk tłumu stał się ogłuszający.
Na Żniwach byli obecni nie tylko Bulrathi. Coroczne święto stanowiło swoistą atrakcję turystyczną dla innych ras i w tłumie można było dostrzec wielu Sakkra, Mrrshan i Ludzi. Dwóch siedzących tuż obok Milo, Człowiek i Sakkra właśnie zawzięcie omawiało zakład, którego istotą był wynik walki, jaka właśnie miała się zacząć.
Tima nagle pojawił się u boku Milo.

                - Szefie, potrzebują Cię.

Milo rzucił okiem na walkę, akurat gry Bulrathi uzbrojony w sztylet wbił swą broń głęboko w przeciwnika. Tłum westchnął na widok krwi, ale widać było rozczarowanie z powodu szybkiej śmierci i braku akcji. Milo wiedział, że nie ma co zabierać się zbyt wcześnie; pierwsze dwanaście rund i tak służyło jedynie odsianiu słabeuszy.

Milo szybko ruszył za Timą, wstając z ławy wypolerowanej przez niezliczonych Bulrathi, którzy siadali na niej przed nim. Pozwolił swemu asystentowi przepychać się przez kipiące masy, aż w końcu obaj zjawili się w zacienionej alejce. Przeszli pod łukowatymi wrotami i dotarli do jednego z nielegalnych, improwizowanych rynków, które zawsze kwitły w czasie Żniw.

Stoiska były lekkie, a sprzedawcy czujni, gotowi zniknąć w jednej chwili gdyby pojawiły się władze. Przy jednym ze stoisk handlarz Sakkra wymachiwał masą wciąż jeszcze wijących się macek tuż przed twarzą kupca Bulrathi, na którym wyraźnie nie robiło to żadnego wrażenia. Przy innym, jednoręki Mrrshan targował się o świecący kryształ z dwiema jednostkami Meklar.

Tima wparował do namiotu, Milo ostrożnie podążył za nim. Ufał, że Tima wybrał dobrze, ale wejście do zamkniętej przestrzeni bez wsparcia działało mu na nerwy.

Pierwszym, co zobaczył była para olbrzymich oczu, które wydawały się zupełnie nie mrugać. Psilon, który stał przed nim był otoczony przez grupę ludzkich najemników. W porównaniu z ciężko uzbrojonymi ludźmi wydawał się mały i kruchy. Milo rozejrzał się wokół, ale poza Timą, który zajął taktyczną pozycję przy drzwiach nie zobaczył w pomieszczeniu nikogo więcej.

Namiot był właściwie tylnym wejściem do jednego z boksów na parterze Coliseum. Boksy, z uwagi na spektakularny widok, były udostępniane jedynie obrzydliwie bogatym. Znajdowały się tak blisko miejsca walki, że musiano wyposażyć je w kuloodporne szyby, aby zapobiec sytuacji w której widz mógłby oberwać kawałkiem ciała ciśniętego z Areny. Milo zauważył, że pomieszczenie było dziwnie ciche w porównaniu do tego, co działo się na zewnątrz. Boks musiał być wyposażony w urządzenia tłumiące dźwięk, dzięki którym dziki wrzask tłumu zniżał się do poziomu całkiem znośnego szeptu.

- A więc to ty przyjąłeś moją ofertę za uchopluskwę? – powiedział nieśmiało Psilon i skrzyżował ramiona w niepewności.
                - Cieszę się, po prostu, że znalazłem kupca na to… coś. Milo chciał sięgnąć do kieszeni, żeby upewnić się, że robak nie uciekł, ale nie chciał w ten sposób zdradzić, że się obawia. Był pewien, że gdyby doszło do walki poradziłby sobie z grupką ludzi, a Psilon… byłby tak groźnym przeciwnikiem jak szczeniak, ale nie chciał ryzykować uszkodzenia towaru.
                - Są wielką rzadkością. Bardzo ciekawe, w rzeczy samej. Czy mógłbym spytać, w jaki sposób go zdobyłeś?

Dziwny sposób, w jaki Psilon się wyrażał był może zupełnie obcy uszom Milo, ale nie całkiem nieprzyjemny.

Wzruszył ramionami, gdy jego uwagę odwrócił przyciszony dźwięk siedmiu dzwonów, oznaczający początek kolejnej walki. Starając się coś uchwycić ze spektaklu za oknami, odpowiedział z lekkim brakiem zainteresowania:
                - Znalazłem go przy martwym Darloku.

Psilon cofnął się, poruszony, niezręcznie wpadając na jednego z najemników. Ten wyglądał dość komicznie, blady i wykrzywiony tuż obok drżącego Psilona.

                -Martwym Darloku? W jakim stanie było ciało… ? – Psilon był tak podekscytowany, że wyrzucał z siebie dość chaotyczny potok słów.

Milo szybko przerwał mu i warknął. – Nie, nie. Nie obchodzi mnie coś, co już nie żyje. Zabrałem to, czego strzegł i ruszyłem w swoją stronę.

Zauważył błysk rozczarowania w wielkich, dziwacznych oczach Psilona i poczuł litość dla dziwnego stworzenia.

                -Znalazłem ciało, gdy plądrowałem opuszczony statek Meklar. Milo powstrzymał drżenie, na wspomnienie przerażającego, opuszczonego statku.
Psilon szybko skinął głową. Milo nigdy nie był tak blisko jednego z nich. Kilkoro z jego miotu służyło jako najemnicy dla Psilonów. Mówili, że to łatwa forsa, o ile ktoś był w stanie znieść fakt pracy dla nich, ale Milo i tak wolał robić dla siebie. Psilon zaczynał być irytujący, nawet w czasie tak krótkiego spotkania.

                -Czy mogę zobaczyć towar?

Ludzcy najemnicy wydawali się równie znudzeni jak Bulrathi, poświęcając więcej uwagi walce która toczyła się za oknem. Milo sięgnął do kieszeni i wyciągnął fiolke. Wewnątrz, mechaniczny ślimak wił się gwałtownie, aby nagle kompletnie przestać. Świecące, purpurowe oko patrzyło pomiędzy Psilona i Milo.
Psilon zbliżył się do Milo, tak blisko, że ten zaczął czuć dyskomfort. W tych wielkich oczach odbijała się fascynacja, gdy padło ciche pytanie:

                -Czy jest offline?

                -Tak, na ile mogę to stwierdzić jak dotąd nie wysłał żadnego sygnału – Milo wzruszył potężnymi ramionami.                 - Nikt mnie nie namierzył przez niego.
Wyglądało na to, że Psilon chciałby ujrzeć urządzenie jeszcze bliżej, gdy Milo z kolei wolał wypuścić to niepokojące ustrojstwo z rąk.

                -Masz, bierz. – Milo przekazał mu fiolkę w nieporadny sposób, starając się uniknąć bezpośredniego kontaktu z Psilonem. Ten nie zauważył jego chęci i odsunął się z urządzeniem, mamrocząc do siebie.

Walka toczyła się dokładnie tuż przed oknem. Była dużo lepsza od poprzedniej. Milo patrzył, jak dwóch Bulrathi zwarło się w kurzu, walcząc szpon przeciw szponom. Bulrathi w tłumie szaleli, bo to właśnie była prawdziwa natura ich walki: kły i szpony.

Odwracając się od walczących, skierował wzrok w stronę Psilona.

                - Zapłacisz mi, czy też będziemy mieć tu mały problem?
Psilon odwrócił głowę od robocika, którego obserwował.            - Ależ oczywiście – skinął na najemnika, który wyciągnął pad. Człowiek skupił się na ekranie, lśniącymi palcami pisał coś na ekranie, zanim skinął na Psilona.

                - Środki dostępne, szefie. – pisnął Tima z rogu, gdzie gapił się na swój pad.

Milo klepnął Psilona w ramię, zapewne mocniej, niż dziwna, delikatna istota mogłaby sobie życzyć. Pod wpływem nagłego ruchu i kontaktu najemnicy w jednej chwili stanęli w gotowości. Milo był w zbyt dobrym nastroju i zbyt zajęty myślami o wypłacie, by zauważyć.              -Dobra! A teraz, popatrzmy na mecz!

Ludzie zbliżyli się do okna, a Psilon, choć wyraźnie nieswój, ruszył za niami. Milo zauważył z satysfakcją, że obaj wojownicy byli obdarci i zakrwawieni, wymieniając gwałtowe, wściekłe ciosy.

Milo znów oparł rękę na ramieniu Psilona – Widzisz, ta walka jest dobra. Muszą walczyć całym sobą! Walka do na śmierć i życie bez wysiłku… to parodia, ot co.

Psilon stanął na czubkach palców, usiłując obejrzeć walkę z bliska.

                -Co za szafowanie zasobami. Wygląda na to, że mniejszy z wojowników odniósł mniejsze obrażenia, co prowadzi do zwycięstwa. Ale i tak oberwał zbyt mocno, by awansować w kolejnej rundzie. Taka strategia jest nielogiczna.

                -Bulrathi walczą z wrogami twarzą w twarz. Nie ma co planować zabójstwa kolejnego wroga, gdy twój obecny przeciwnik jeszcze dycha, mam rację? – Milo potaknął, a Tima wzniósł pięść na potwierdzenie tych słów.

Mniejszy z walczących nagle skoczył w lewo, wymierzając kopniaka w kolano swego przeciwnika, które pękło pod siłą ciosu. Upadający Bulrathi zawył, a tłum oszalał. Szybkim, zdecydowanym ruchem zwycięzca uderzył potężnym pazurem w gardło ofiary i ciął, kończąc tym samym walkę.
Wszyscy w pokoju wrzeszczeli, uniesieni emocjami krwawego sportu. Psilon wyglądał na zniesmaczonego i bledszego niż zazwyczaj, ale poza tym nastroje były dobre, a wszyscy otrzymali zapłatę. Tima, teraz kręcąc się wśród Ludzi, śmiał się głośno z czyjegoś dowcipu i zaczął zamawiać drinki do pokoju przez Konsolę Odświeżaczy.

Na zewnątrz, chłodna, doskonała bryza niosła zapach śmierci przez tłum rozszalałych Bulrathi.

 

 






1 user(s) are reading this topic

0 members, 1 guests, 0 anonymous users